Strony

piątek, 21 października 2016

Rusinów - park, rzeźby, kasztany, punkrock

 
Ponury deszczowy dzień. Mgła tak gęsta, że można ją było zbierać łyżką. Ledwo co otworzyłam oczy a już wiedziałam, że chcę pozostać w ciepłej pościeli do wieczora. Nie było mi to jednak dane. Zacisnęłam pośladki i wystawiłam stopy za łóżko - brr... Okazało się, że dzień nie był taki straszny. Po załatwieniu wszystkich spraw miałam jeszcze ochotę na spacer. Szybka kalkulacja ile czasu pozostało do zachodu słońca, by jak najefektywniej go wykorzystać. Cel obrany – Park Miejski „Rusinowa” przy ulicy Bystrzyckiej.



Wstyd się przyznać, ale byłam tam pierwszy raz. Nieraz przejeżdżałam obok samochodem lub na rowerze, ale nigdy nie udało mi się tam zajrzeć. Moja podświadomość zawsze próbowała mnie przekonać, że park to park i nic ciekawego mnie tam nie spotka. No chyba że zaczai się w krzakach jakiś ekshibicjonista. Takie myślenie okazało się błędem. Park mnie zauroczył. Mgła z każdym krokiem odsłaniała przede mną coraz dziwniejsze kształty. Poczułam się tak jakbym przeniosła się w czasie, w mistyczne miejsce. Pełne tajemnicy i magii. Nie przeszkadzały mi mokre stopy (niektóre adidasy nie są stworzone by chodzić w nich po deszczu). Byłam pełna ciekawości, co jeszcze ukaże się moim oczom. Trudnymi do określenia tworami okazały się elementy Wałbrzyskiej Galerii Rzeźby Plenerowej. Mnie osobiście urzekła naznaczona zębem czasu grupa rzeźb nazwana „Starodzieje” przedstawiająca historię i legendy Polski.
Nie myślałam o tym by robić zdjęcia, czerpałam z chwili. Postanowiłam jednak podzielić się z Wami tym co mnie zaczarowało. Dlatego też, gdy pogoda zmieniła się na bardziej przyjazną, wybrałam się ponownie.


 
Park kiedyś tętnił życiem. Były tu organizowane wystawy kwiatów. Teraz wszystko jest zaniedbane. O ile przy pierwszej wyprawie nie dziwiło mnie, że nikogo nie spotkałam na swojej drodze (bo padało i mgła), to przy spacerze nr 2 było to dość zastanawiające. Minął mnie jedynie jakiś mężczyzna z psem i para, która żwawym krokiem przemierzała alejki. Żadnych dzieci bądź dorosłych spacerujących ze swoimi pociechami. Nikt nie zbierał kolorowych liści, kasztany leżały odłogiem ozdabiając ścieżki...



 
Osiągnęłam już wiek, w którym nie brzmi głupio powiedzenie „za moich czasów to ...”. A więc za moich czasów dzieciaki nie bały się wychodzić jesienią na dwór, zbierały liście, żołędzie i kasztany. Tworzyły z nich ludziki i inne cuda, na które rodzice przez kolejny miesiąc musieli uważać podczas ścierania kurzu. Nie przeszkadzał nam deszcz, wiatr, i niska temperatura. Upolowanie kasztana w łupinie graniczyło z cudem, ponieważ kto pierwszy ten lepszy i szybko znikały z różnych alejek, dróg i chodników... wracając do spaceru po Parku „Rusinowa”... Smutno było patrzeć jak drzewne owoce leżą na ziemi takie samotne i zapomniane, więc postanowiliśmy (nie zawsze chadzam sama na wyprawy) coś z tym zrobić. Ale zamiast zebrać dary jesieni i ozdobić nimi mieszkania, banda trzydziestolatków ganiała po parku rzucając w siebie kasztanami – prawie jak paintball, tylko brak markerów i siniaki trochę większe :) Nie polecam tej zabawy osobom z delikatnym ciałem, ale radości było co nie miara. Taka darmowa terapia antystresowa na łonie natury.



 
Chcąc dowiedzieć się czegoś więcej na temat parku zaczęłam przeszukiwać zasoby Internetu i trafiłam na stronę http://hrabstwo-rusinowa.cba.pl/. Tam z odmętów treści wyłowiłam jedną rybkę, o której istnieniu nie miałam pojęcia, a mianowicie punkrockowy zespół Colana Romana. Dwa kliki i już byłam na YouTube. Niewiele znalazłam, ale to co udało mi się przesłuchać daje radę. Całkiem nieźle chłopakom szło - może jakieś demo leży zakurzone na strychu i coś jeszcze wrzucą.



 
Po spacerze stwierdzam, że Wałbrzyszanie mają (i mieli – bo akurat Wałbrzyska Galeria Rzeźby Plenerowej to lata 70 - 80 XX w.) talent i szkoda, że tak rzadko pokazywany jest publicznie. Dobrze by było to zmienić, a nadarza się okazja bo ruszyła kolejna edycja Wałbrzyskiego Budżetu Partycypacyjnego. W mojej głowie odbył się szaleńczy taniec szarych komórek, które w przypływie nieokiełznanych pląsów zaczęły się zderzać i tak zrodziła się myśl:
Wrocław ma swoje krasnale, Zielona Góra bachusiki, a Łódź postaci z polskich bajek...
Co wy na to, żeby w Wałbrzychu powstał szlak rzeźbionych górników?
Nie jestem za kopiowaniem cudzych pomysłów, ale uważam że taka inicjatywa jest fantastyczna. Po pierwsze stanowi swoisty szlak turystyczny, po drugie jest informacją o miejscach wartych zobaczenia a po trzecie integruje małych i dużych. Wisienkę na torcie stanowią rozruszane kości - nie trzeba łapać pokemonów, można szukać górników ;) A do tego rzeźby mogli by stworzyć lokalni artyści... Oczami wyobraźni widzę takiego rzeźbionego górnika jak stoi obok stadionu na Nowym Mieście, na głowie ma czako, góra ubrania to oficjalna marynarka, a dół to sportowe spodenki, jedną nogę opiera na piłce...

Z tą myślą pozostawiam Was w piątkowy wieczór:)

P.s. Na jednym ze zdjęć widać drewniany domek przymocowany do drzewa. Z daleka myślałam, że to karmnik. Z bliska okazał się hotelem dla dzikich owadów zapylających.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zapraszam do pozostawienia komentarza. Będzie mi niezwykle miło:)